biuro@katatime.pl       +48721956415

Albo o pogoni za marzeniem…

Był pewnie koniec ubiegłego wieku a może początek obecnego (nieźle to zabrzmiało, ale nie będzie kombatanckich wspomnień, znaczy nie będzie ich za wiele 😉 ) kiedy do mojego małego biura wszedł syn mojego szefostwa z nowym, błyszczącym zegarkiem na ręku. Bardzo błyszczącym, nie dało się go nie zauważyć. Czarny, ze złotymi elementami na czarnej, lustrzanej, bransolecie pewnie robił wrażenie nie tylko na zegarkowych fascynatach. Długo, naprawdę długo go oglądałem. O cenę nie pytałem, wiedziałem, że mnie na niego zwyczajnie nie stać, znałem markę, znałem ceny jej starszych modeli. Do dziś go wspominam na równi z peweksową Omegą Konstelacją, cinkciarską patelnią Orienta, butikowym, florenckim IWC Da Vinci i zegarem z kukułką i Myszką Miki na huśtawce na wystawie zakładu zegarmistrzowskiego, od którego chyba zaczęła się, trwająca do dziś, moja zegarkowa przygoda.

Kiedy więc kilka lat temu udało mi się znaleźć na przedświątecznych wyprzedażach w USA „moje” Rado, pytaniem nie było czy a które, bo, że czarne i ze złotem, to było oczywiste!

Wybrałem to najbardziej przypominające zegarek z moich wspomnień. Doliczając nieuniknione cło, VAT itd. okazało się, że to będzie mój najdroższy zegarek. Kiedy po kilku dniach odbierałem swój świąteczny prezent (nie zdążył na Gwiazdkę, ale przyszedł między świętami a Nowym Rokiem), ciągle jeszcze zastanawiałem się, co mnie napadło, że kupiłem tak drogi zegarek. Gdzie się podziały wcześniejsze, składane sobie obietnice, że nie będę kupował zegarków droższych niż… no dobra droższych niż… no dobra, ale ani złotówki więcej niż…

Ale kredytu nie wziąłem, kupiłem za swoje… Można więc otwierać.

Biały karton z dumnym Rado Switzerland, czarne, tekturowe pudełko z tłoczonym dumnym Rado Switzerland w nim jeszcze jedno pudełko z tłoczonym (i lakierowanym) dumnym Rado Switzerland. W środku trzeciego pudełka też dumne Rado Switzerland. Ot Matrioszka albo może raczej jajko-niespodzianka. Z tym tylko, że tym razem wiedziałem, jaka zabawka czeka na mnie w środku. No to otwieramy i…

Kłopot pierwszy – czyli z czym to nosić?

To była moja pierwsza myśl, kiedy drżącymi rękami, żeby nie stłuc 😉 , wyciągałem piękny, błyszczący zegarek Rado Sintra 629.0663.3.016.

Druga myśl, a w nosie, ze wszystkim go będę nosił, jest piękny!

Tak, ten zegarek jest piękny: ceramiczna koperta, szafirowe, podwójnie wygięte szkło, bez lunet, bezeli i takich tam, nikomu niepotrzebnych ochraniaczy, przykrywające całą kopertę (jaką średnicę ma kula, z której oni te szkła wycinają? 😉 ). Pod szkłem, na obwodzie koperty złote znaczniki godzin a piętro niżej tarcza, matowa, czarna jak lochy Watykanu – tło do przedstawienia złotego szaleństwa… Nakładane trójpłaszczyznowe, złote indeksy godzinowe, trzy złote wskazówki, mocne, wyraźne, polerowane, wielopłaszczyznowe i na dodatek wielokrotnie żłobione w środku. Możecie się ze mną nie zgodzić, ale niech ktoś pokaże mi inne, tak fantastyczne wskazówki, ja nie widziałem nigdzie. Wzrok przykuwa oczywiście nie tylko kształt, także nakładane logo, ramka daty i kotwica – symbol mechanicznych zegarków Rado, wszystko w różowym złocie. Jakość wykonania jest per-fek-cyj-na. Kotwica oczywiście się obraca. Po co? Nie ma oficjalnego potwierdzenia, niepotwierdzone informacje mówią, że tak długo, jak kotwica się obraca, zegarek nie wymaga serwisu. Coś w tym może być, bo moje inne, starsze Rado po zatrzymaniu się kotwicy zaczęło spieszyć i poszło, jak się później okazało, na konieczny już serwis.

A… Z czym nosić? Ja noszę ze wszystkim, w czym chodzę, zaznaczam, że nie chodzę w dresach. Moim zdaniem idealnie pasuje do swetra jak i pod mankiet wizytowej koszuli z żabotowym kołnierzem. Że niedyskretny? No nie. Że nie na pasku? No nie. Że rzuca się w oczy? Oczywiście! Takie ma być Rado Sintra i już. Jeśli nie akceptujesz, nie kupisz i będziesz się oburzać, że zerka czarno-złote spod białego mankietu. A oburzaj się 😉

No tak – serwis i ceramika, czyli…

Chłopie, kupiłeś sobie zegarek ze szkła! Mam kłopot drugi…

Rado? Ja ci w tym baterii nie zmienię – powiedział mój zaprzyjaźniony zegarmistrz na pomysł nowego zakupu. Nie to nie, pomyślałem i kupiłem mechaniczny. Pięknie zdobiony mechanizm z certyfikatem COSC można oglądać przez przeszklony, szafirowy dekiel.

Ale nie chciałbym być w skórze zegarmistrza, kiedy będzie demontował wskazówki i rozbierał mechanizm. To na szczęście jeszcze przez jakiś czas przed nim, ale bransoletę trzeba skrócić, bo na kawał łapy jest… Więc telefon do majstra a majster: eeee nieee… bo to nowe i może lepiej, żeby serwis, bo to delikatne a on kiedyś miał tak zapieczoną, że coś tam…

No to faktycznie problem, myślę sobie i siadam do youtuba. Raz patrzę, drugi raz… No nie wygląda to na jakoś zabójczo trudne, więc rozkładam swój podręczny warsztacik przed ekranem laptopa i do dzieła! Nie powiem, miałem trochę stracha, ale tylko do bezproblemowego wyjęcia pierwszego pinu i poznania budowy bransolety. Później pozostało porozkładać i poskładać całość od nowa. Naprawdę nie jest to skomplikowane. Serwisować nie będę, ale bransoletkę sobie zwężam i poszerzam bez problemów. Nie obawiam się także ani o szkło ani o ceramiczną kopertę czy bransoletę. Dwa razy w życiu stłukłem szkło (jakieś 45 lat codziennego noszenia zegarków) a spiek, z którego jest wykonana koperta i bransoleta jest wyjątkowo wytrzymały nie tylko na zadrapania, ale także na uderzenia. Jeśli faktycznie uderzę zegarkiem na tyle mocno, że uszkodzę jakąś ceramiczną część, to tak samo uszkodziłbym stalowy zegarek lub jego szkło i z pewnością oddałbym go wtedy do serwisu.

Za to do tej pory mój zegarek, mimo że jest naprawdę często noszony, tzn. tak średnio raz w tygodniu, nie ma najmniejszego śladu używania. Czy to z lupą, czy pod światło, czy ze światłem, szukajcie, a nie znajdziecie 😉

Pochwalić by się wypadało na forumie. Kłopot trzeci – czyli jak diabłu zrobić zdjęcie?

Odpowiedź jest prosta niedasie. No nie da się i już. To tak, jakbyś chciał fotografować lustro. Bo powierzchnia tego zegarka to jedno wielkie, czarne lustro. Możesz go oczywiście komponować z czymś innym, tła, rekwizyty, ale zrobienie sprzedażowego, katalogowego zdjęcia bez odbić według mnie jest niewykonalne. W złości polazłem nawet do profesjonalnego studia z wielkim, bezcieniowym namiotem, kolekcją lamp i doświadczonym fotografem. I nie da się! Rzecz jasna można później bawić się godzinę w obróbkę, ale to nie o to przecież chodzi. Nie natrafiłem w sieci na dobre zdjęcie tego zegarka, nie będące renderem albo nie wyfotoszopowane tak, że nawet ja to widziałem.

Czy to źle? Nie, nic w tym złego, mało tego, co jakiś czas mu powtarzam sesję, kiedy przyjdzie mi nowy pomysł. Pomysły co prawda przychodzą coraz rzadziej, ale może kiedyś coś mnie olśni, coś więcej niż odbicie z lampy błyskowej 😉

Nie będzie tym razem nic o tajemnicy spieku ceramicznego, sposobie cięcia takiego szkła, parametrach, wymiarach i dokładnościach, cenach i porównaniach. Nie ma takiej potrzeby, wszystko można sobie wyguglać, a w przypadku tego zegarka wszelkie technikalia to oboczności. Tutaj liczą się tylko perfekcja detali i emocje ukryte w spojrzeniach od pełnych zachwytu (nieliczne), przez te pełne niepewności, o co tu chodzi i jak mu (znaczy mnie) powiedzieć, że to brzydkie a za tyle kasy, to brzydkie do sześcianu, aż do tych jawnie kpiących, mówiących chłopie, na łeb upadłeś i weź ty się lecz albo zawiąż sobie wstążeczkę na brodzie.

Wyleczyć się nie da, na szczęście!

Nic nie zastąpi ceramiki, jej ciepła i jakiejś, nie wiem jak to nazwać, miękkości, delikatności jedwabiu przy dotyku, jej wygody przy noszeniu, trudności przy fotografowaniu. Bardzo lubię dotykać ten zegarek, głaskać jego lustrzaną, ciepłą powierzchnię, bardzo lubię obserwować załamania światła na wskazówkach i indeksach, oglądać obracanie się kotwicy.

Nic nie jest równie eleganckie, jak połączenie czerni i różowego złota, nic, poza kilkoma koncertami, nie jest tak piękną muzyką dla ucha, jak cykanie zegarkowego mechanizmu,chyba, że jesteś saperem 😉


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *